The Grand Tour: wrażenia po premierze. Warto oglądać?

Niebywale znakomita – to chyba najlepsze określenie pilotażowej odsłony show motoryzacyjnego The Grand Tour autorstwa legendarnego już trio w składzie Clarkson, May i Hammond. Jeżeli zastanawiasz się, czy warto śledzić nowe poczynania prezenterów starego Top Gear, odpowiem Ci: zdecydowanie tak!

Felieton przeczytasz w ok. 3,5 minuty

‍‍

Pierwsze wrażenia

Wszystko rozpoczyna wyceniony na niebagatelne 2,5 miliona funtów opening. O fragmencie tym bardzo wiele mówiono jeszcze długo przed startem pierwszego sezonu, obiecując niezłą petardę. Zapowiedzi te nie okazały się nadmuchane – film otwierający jest fe-no-me-nal-ny! Wyobraź sobie trzy Fordy Mustangi prujące przez pustynię w konwoju złożonym z ponad 100 innych pojazdów, a do tego m.in. odrzutowce i wielka scena z tłumem fanów – to trzeba zobaczyć!

Intro do programu Grand Tour

Dobór zdjęć, utworu muzycznego i autentyczność historii w nim przemyconej robią piorunujące wrażenie, choć prawdopodobnie najbardziej dolarożerne ujęcia pustynne już tak wybitnie nie wgniotły mnie w kanapę. Pilotażowy odcinek każdego programu musi rządzić się swoimi prawami, dlatego też stosunkowo dużo czasu antenowego pierwszego epizodu poświęcono na przedstawienie zarysów show i atrakcji, które przyjdzie nam doświadczać raz w tygodniu aż do lutego. Początkowy, blisko 2-minutowy teaser całego sezonu zapowiedział prawdziwą masę ciekawych materiałów!

Pierwszy z kilku godnych uwagi aspektów Grand Tour to bardziej kameralne studio mieszczące się w… namiocie. Odczuwalnie lepszy niż w Top Gear kontakt prezenterów z publicznością bardzo przypadł mi do gustu. Naprawdę godna pochwały jest również oprawa wizualna materiałów. Niektóre z ujęć okazały się kosmicznie wręcz fantastyczne! Choć ostatnie sezony Top Gear uznawałem za absolutny szczyt motoryzacyjnego kunsztu filmowego, Grand Tour ponownie zdefiniowało moje pojęcie w tym aspekcie. Nie da się nie zauważyć niebywałej dbałości o najmniejsze choćby detale i dużej pomysłowości co do niektórych ujęć.

Prezentacja studia Grand Tour mieszczącego się w namiocie

Łyżka Kropla dziegciu w beczce miodu

Nie byłbym jednak sobą, gdybym nieco nie ponarzekał. Wiele mówiło się przed premierą o niezwykłej wadze doboru nawet pojedynczych słów i wpływu każdej wypowiedzi na ogólną jakość nomen omen motoryzacyjnego show. Oglądając Grand Tour od razu czuć, że każda kwestia dialogowa została skrzętnie zaplanowana i przemyślana. Trudno mi powiedzieć, czy to w stu procentach prawidłowe podejście, oskryptowany scenariusz bowiem jest tu aż nadto wyczuwalny. Łatwo odnieść wrażenia, iż Grand Tour nabrało zdecydowanie więcej filmowego, profesjonalnego charakteru w porównaniu do Top Gear. Rzecz w tym, że trio prowadzących mimo ogromnej sympatii nie jest najlepszymi aktorami, co w dużo bardziej oskryptowanym scenariuszu wyraźniej bije po oczach. Brakuje mi odrobiny spontaniczności i takiej jakby prawdziwości, jaka towarzyszyła staremu Top Gear.

Nie podszedł mi ponadto „żart” z nowym Stigiem, w którego rolę wcielić ma się mistrz Nascar Mike Skinner. Po cichu liczę na oficjalny powrót Bena Collinsa, jego dwa grosze w każdym z epizodów byłyby naprawdę miły dodatkiem. Tor testowy, choć interesująco przedstawiony jak i również z jeszcze bardziej intrygująco wymyślnymi nazwami zakrętów także wydaje się nie mieć tego charakteru i prestiżu starego, dobrego Top Gear Test Track.

Test drogowy hipersamochodów

Materiał o hybrydowych hiperwozach, będący de facto trzonem pierwszego epizodu, okazał się zaledwie przeciętny. Żeby była jasność – to nie tak, żebym ziewał podczas oglądania, niemniej w pilotażowej odsłonie zabrakło swoistego pierdyknięcia stawiającego przysłowiową kropkę nad „i”. Zdecydowanie bardziej wolę zmagania ulubionego trio w rozlatujących się gruzach aniżeli niekończące zachwyty prezenterów nad jednym bądź drugim supersamochodem. Część materiału z torowych szaleństw Clarksona i spółki wydała mi się wręcz przekombinowana, gdyż chwilami nie bardzo łapałem, co dzieje się na ekranie.

Zobacz też: Czego nie robić w aucie z automatem?

Czuję, że problem leży w… Chrisie Harrisie. Już ponad rok temu zebrał on do kupy wszystkie 3 auta, i to nawet na tym samym torze, odwalając kawał dobrej roboty. W 2014 roku, a więc pod koniec 21. sezonu Top Gear zajawka na porównanie Porsche 918, Mclarena P1 i LaFerrari była niebotyczna, teraz jednak apetyty największych maniaków samochodowych zostały już dawno zaspokojone przez Harrisa.

Wyraźnie czuć tu ducha starego Top Gear, lecz argumenty zarzucające wyraźną kalkę brytyjskiego programu nie mają większej racji bytu. Zmianie uległa formuła, dzięki czemu całość prezentuje się zdecydowanie świeżej. Wszak, parafrazując klasyka, „nie zarzyna się kurze złotych jaj” – goście robią więc to, w czym czują się najlepiej.

Imho? Top notch!

Powyższe mankamenty nie znaczą więc, że Grand Tour nie warto ruszać nawet patykiem. Przez pełne 70 minut pierwszego epizodu miałem banana na twarzy. Show przepełnione jest najwyższego sortu humorem i śmierdzi benzyną na kilometr. Przedpremierowa podjarka nowym programem Clarksona i reszty była szczególnie w internecie wprost nieziemska. I bardzo rzadko zdarza się, by końcowy produkt zaspokoił wyjątkowo wygórowane oczekiwania najbardziej zagorzałych fanów. To właśnie dlatego Grand Tour jest moim zdaniem tak diabelsko dobre.

Jeremy Clarkson obok stada owiec

Jeżeli przed premierą nachodziły Cię wątpliwości co do rozłamu w Top Gear i kontynuacji topowego show motoryzacyjnego pod inną nazwą, to uwierz mi na słowo – nastał nowy, piękny czas! Grand Tour to najlepsze, co mogło przydarzyć się wyraźnie zapadniętego w stagnację programowi BBC. Premiera pilotażowego epizodu jest prawdziwym świętem dla wszystkich maniaków samochodowych na świecie. Odsłonie numer 1. trochę do ideału brakuje, ale wszak to dopiero pierwsze koty za płoty. Mam przekonanie graniczące z pewnością, że może być tylko lepiej.

Ja zacząłem już przebierać nóżkami ze zniecierpliwienia w oczekiwaniu na kolejne odcinki! A Ty?

<- Poprzedni wpis: Prezent dla auto-maniaka

Następny wpis: Mycie auta po taniości ->

Obczaj też to na Autventure:

Weekly #2: ciepłe zadki, zwijacz asfaltu i złomki z Pruszkowa

Nawyki drogowego dżentelmena (poradnik)

5 bezsensownych gadżetów w nowych autach

2016 VW Golf R – Autventure