Myjnie bezdotykowe

Myjnia bezdotykowa = relaks. Prawdziwa odskocznia od codziennych, nudnych obowiązków. Dlatego najlepiej mycie auta smakuje w okolicach popołudnia. Masz ważne rzeczy do zrobienia? Terminy gonią? Ktoś czegoś od Ciebie oczekuje? Olej to i jedź umyć swój samochód! Gwarantuję, że zrelaksujesz się lepiej niż na kanapie z pilotem w ręce.

Felieton przeczytasz w ok. 3 minuty

Najczęściej telefon zaczyna dzwonić właśnie w okolicach pory obiadowej. Wygrzebuję w końcu drącą japę komórę z zakamarków kieszeni i odbieram:

– No siema, Maćko. Jedziesz na myjkę?

– Jasna sprawa.  5 minut i schodzę!

W sumie to mało ważne, czyje auto lecimy czyścić. Zawsze znajdzie się pretekst do złapania z ziomkiem i pogadania nieco o pierdołach w drodze na miejsce czy potem w kolejce do stanowiska. Czasem turlamy się tam jednym samochodem, innym razem każdy leci ogarnąć swoje. Wtedy pod bezdotyk zajeżdża naraz cała kawalkada. Czysta furka przydaje się do nocnej jazdy bez celu, rytuału odprawianego niemal każdego wieczora.

Do najlepszych myjek bezdotykowych zawsze są kolejki. I wydawać by się mogło że w okolicy jest przecież 10 innych tym podobnych miejscówek, to nasza paczka najczęściej jeździ na tę jedną, konkretną, najlepsiejszą. Z różnych powodów – bo najgęstsza piana, najwięcej sekund za jedynaka czy porządne ciśnienie z węża. Kwestia maksymalnie kilku miesięcy i ktoś otworzy kolejną myjnię, dorzuci na zachętę detergentów na bogatości bądź konkretny czas w przeliczeniu na złotówki. Wtedy to tam od tej pory będziemy czyścić wszystkie fury.

W Łomży, moim rodzinnym mieście, myjek bezdotykowych jest od cholery i ciut ciut. Więcej tego niż kościołów, a wierz mi, drogi czytelniku, że Łomża to taka nieco większa wieś kościelna. Tutaj furkę na miękko odpicujesz za 8-10 złotych, i to nie na biedości – z woskowaniem i nabłyszczaniem. Co innego w stolicy…

Od dawna szukam w Warszawie porządnej myjni bezdotykowej i najlepsza, jaką udało mi się znaleźć, położona jest… dokładnie 30 kilometrów za stolicą, w kierunku do Modlina. Na miejscu nie znalazłem póki co nic godnego uwagi. Przybytki w Warszawie zdają się pod każdym względem odstawać od myjni dostępnych w moich stronach. Wiadomo – stolica, tu z założenia powinno być drożej. Ale ja się nie poddaję.

Byłem np. na popularnym w Warszawie „Niebieskim Słoniu”.  Bo ludzie raczej polecali. Okazał się tragiczny, ale postanowiłem zapaść następnym razem do dwóch innych miejscówek z tej sieci, bo to duża firma jest i może akurat trafiłem na najgorszą lokalizację. I wiesz, co? Potraktowałem to jako lekcję, by nie zawsze ufać ludziom ;)

Cenię sobie bezdotykowce przy stacjach BP, choć przy każdej wizycie jest RIP piniąc, gdyż są dosyć drogie. Sieć jednak mają bardzo rozbudowaną, toteż z całą pewnością godna to polecenia opcja dla tych, którym przyjdzie pojechać gdzieś dalej w Polskę i zmuszeni będą odświeżyć swoje auto w podróży.  Nigdy się na zielonych nie zawiodłem i regularnie odwiedzam ich przybytki.

Mycie bezdotykowe Toyoty Corolli

ZOBACZ TEŻ: Test Volvo S90 T5

Najbliżej miejsca mojego zamieszkania jest czerwone EHRLE CarWash na Górczewskiej. Nie lubię tej bezdotykówki wybitnie. Ciśnienie jak z wodnego pistoletu dla dzieci, mikroproszek natomiast zupełnie nie reaguje z brudem, przez co paradoksalnie lepszy efekt daje czyszczenie samą wodą niż detergentem. Tym bardziej dziwi mnie mizeria tej myjni, gdyż w innych miastach Polski jest git i do sieciówki samej w sobie nie mam większych zastrzeżeń.

Wleciałem tam ostatnio bialutkim (na moje nieszczęście) Avensisem z zamiarem niewielkiego jego odświeżenia z brudu powstałego wskutek deszczu dnia poprzedniego. Byłem pewien, że ostatnie 7 złociszy w portfelu zupełnie wystarczy na ochlapanie wozu wodą z proszkiem, by prezentował się należycie. Za takie pieniądze z powodzeniem myję totalnie umorusane autka na wielu łomżyńskich obiektach. Swoją drogą to dosyć dziwne, że rozmieniarki wciąż nie są standardowym wyposażeniem każdego przybytku tego typu. Przeliczyłem się, gdyż zalegający w kielni hajs pozwolił mi na względnie dokładne wyczyszczenie jedynie… jednej strony wozu. Prawej, gwoli doprecyzowania. Większość sukcesu niby osiągnięta, pasażerce bowiem przyszło dokładniej oglądać auto tylko z tej strony i obyło się bez siary. Ale niesmak pozostał…

Przez te wszystkie perypetie z myjniami bezdotykowymi w stolicy i stale spadającą ich jakość powolutku, aż wstyd przyznać, przekuję się ponownie do automatów. Stoją one, zawsze puste, do naszej dyspozycji na dosłownie co drugim Orlenie pozwalając zadowalająco odświeżyć wóz w kwocie nieprzekraczającej 15 ziko. Często wybieram je, gdy mam naprawdę porządnie upitolone auto i wiem, że bezdotykiem ciężko będzie dokładnie usunąć część zabrudzeń. Plus jest też taki, iż na pewno nie spocę się latając z wężem wokół samochodu, a podczas czyszczenia wozu można złapać kawkę ze stacji, papieroska zapalić czy skoczyć do kibelka. Jaasne, za te kilkanaście złociszy porysowany lakier dostaję niejako w gratisie, ale nie taki znowu diabeł straszny, jak go malują! Zresztą, szczotki na bezdotykach potrafią zrobić znacznie więcej szkód.

Może jest tu ktoś z Warszawy, kto myje na bezdotykowych i mógłby mi którąś polecić? Chętnie poczytam też o Twoich doświadczeniach z myjniami! Za ile ziko czyścisz zazwyczaj swój wóz? Daj znać w komentarzu :)