O problemie współczesnych gier samochodowych

Okazjonalnie nachodzi mnie ochota na zagłębienie się w wirtualny świat wyścigowej rywalizacji. Od dłuższego czasu miałem jednakowoż tak, że ilekroć zerkałem w stronę nowych propozycji rynku gier video, albo nic konkretnego nie przykuwało mojej uwagi, albo też od danego tytułu boleśnie się odbijałem. Gdzie leży problem?

Felieton przeczytasz w ok. 4 minuty

Ostatnią naprawdę wybitną grą samochodową na PC, jaka przychodzi mi do głowy, jest zakurzone Test Drive: Unlimited z 2006 roku. Był to cudowny tytuł – dający ogrom swobody w eksploracji rozległego, otwartego świata, oddając do dyspozycji gracza 1600 kilometrów dróg hawajskiej wyspy Oahu. Wyróżniał się m.in. trafnie dobraną ścieżką muzyczną, miksem trybów pojedynczego i wieloosobowego oraz wciągającym systemem rozwoju. Pozwalał na tworzenie swojego wymarzonego garażu spośród bogatego wachlarza 130 pojazdów.

Swoboda eksploracji dziesiątkami supersamochodów była przepisem na sukces Test Drive: Unlimited

Był samochodowym sandboxem totalnym – wszystkie jego elementy perfekcyjnie się ze sobą kleiły, gdyż żaden aspekt produkcji nie został potraktowany po macoszemu, dzięki czemu poszczególne części składowe TD:U złożyły w jednolitą, wyjątkowo apetyczną całość. Częstokroć powracałem do tego tytułu z zaskoczeniem stwierdzając, że wyjątkowo dobrze się starzeje i z przyjemnością napiszę o nim niebawem oddzielny wpis.

Jednym z elementów wyróżniających Test Drive: Unlimited na tle reszty ówczesnych gier wyścigowych był model jazdy. Świetnie wyważone połączenie symulacyjnego podejścia do osiągów prowadzonego auta czy zachowania otoczenia na nasze poczynania z luźnym, choć nie pozbawionym podstawowych praw fizyki systemem sterowania powodował, że gra choć wymagająca, okazywała się także przystępna dla mało doświadczonego gracza.

Nie dziwota zatem, iż w 2011 roku wyczekiwałem premiery drugiej części Test Drive: Unlimited niczym przedszkolak pierwszej gwiazdki. Kolejna część ubóstwianego przeze mnie tytułu zdawała się podążać słuszną drogą, oferując m.in. większą ilość pojazdów, rozleglejszy i piękniejszy obszar do eksploracji, dynamiczny system pogodowy czy rozwinięte opcje społecznościowe. Przepis na sukces został jednakże skazany na porażkę z powodu licznych problemów technicznych i ku zaskoczeniu wszystkich – zmodyfikowanego modelu jazdy, wypranego z choćby resztek symulacyjnego posmaku.

W 2014 roku zadebiutował kultowy następca serii Unlimited stworzony m.in. przez grono pierwotnych jego twórców. The Crew, wydane już pod skrzydłami Ubisoftu, pomimo bogatego świata pełnego interesującej zawartości oraz interesującego pomysłu na gameplay ponownie nie było w stanie dawać mi frajdy z rozgrywki z tego samego powodu – przez zepsuty model jazdy. Sterowanie spaczono brakiem responsywności, co potęgowało wrażenie żeglowania po drodze zamiast precyzyjnego kierowania wirtualnym pojazdem.

Obecne samochodówki często zdają się być przekombinowane, jak np. zaprezentowany w 2015 roku reboot serii Need for Speed. W teorii gra ta była murowanym hitem, gdyż zdecydowano się na powrót do lat świetności potrzeby prędkości prezentując brudny klimat nielegalnych wyścigów nocnych rodem z odsłon o podtytule Underground. Potencjalnych atutów produkcji można wymieniać w nieskończoność: graficzne wodotryski, smakowity system modyfikacji pojazdów, bogate tło fabularne, rozbudowane opcje społecznościowe czy szeroki wachlarz rodzajów rozgrywki.

Zmodyfikowane auta w Need for Speed 2015
Złożony system modyfikacji pojazdów został ciepło przyjęty przez fanów

W grze wyścigowej wszystkie powyższe atuty spalą na panewce, jeżeli kuleje model jazdy. A ten w NFS 2015 był okropny. Twórcy porwali się na przygotowanie uniwersalnego systemu umożliwiającego graczowi w mgnieniu oka za pomocą kilku suwaków przestawienie sterowania auta w stronę większej przyczepności bądź nastawów driftowych. Jakże prawdziwe okazało się w tym wypadku przysłowie mówiące, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego! Trudne do wytłumaczenia opóźnienie w sterowaniu pojazdem i ogromna jego bezwładność sprawiła, iż gra miast bawić flustrowała. W efekcie powstawały całe dziesiątki forumowych tematów, gdzie zdesperowani gracze szukali idealnych ustawień wozu pozwalających na choć niewielką poprawę koszmarnego modelu jazdy.

Drugim problemem zarówno NFS 2015, jak i The Crew, byli oszukujący przeciwnicy, którzy w magiczny sposób doganiali czoło stawki pod koniec zawodów bez względu na wielkość wcześniej wypracowanej nad nimi przewagi. Nie ma nic bardziej irytującego w grze wyścigowej, aniżeli „gumowi” oponenci i przegrana na ostatnich metrach rozgrywki poprzedzona kilkoma minutami pewnej jazdy na czele. I choć zupełny brak poczucia współzawodnictwa byłby w takiej sytuacji również niepożądany, to istnieją produkcje, które dobrze radzą sobie z odpowiednim wyważeniem poziomu rywalizacji bez sięgania po nieczyste zagrywki.

W punkt zdaje się trafiać najnowsza, siódma już odsłona serii Forza Motorsport, po raz pierwszy dostępna zarówno na konsoli Microsoftu jak i PC. Twórcy Forza Motorsport 7 umożliwili graczowi szerokie spektrum opcji konfiguracyjnych stopnia rywalizacji poprzez m.in. dużą ilość dobrze zrównoważonych poziomów trudności, określenie stopnia agresywności przeciwników, możliwość cofania czasu w trakcie zmagań czy utrudnienie warunków jazdy w danym wyścigu przy pomocy specjalnych kart modyfikacji. Można? Można! I bawię się przy niej świetnie pomimo faktu, że w porównaniu do FM6 to odgrzewany kotlet z jeno kilkoma pomniejszymi nowościami. Zresztą cała seria zdaje się podążać torem bezpiecznego, gruntownie przemyślanego rozwoju, gdyż każda kolejna odsłona zaskakuje kompletnością – czy to w aspekcie modelu jazdy, czy też grafiki, udźwiękowienia bądź warstwy technicznej.

A jeżeli interesuje Cię mobilne ściganie, zerknij na recenzję świetnego CSR Racing 2: klik!

Przytoczyłem już produkcje, które mimo szeregu zalet przyjęto ozięble z powodu kiepskiego modelu jazdy. Są również takie gry, które samą tylko fizyką prowadzenia wprost złapały mnie za serce. Onegdaj ochoczo zagrywałem się w drugą i trzecią odsłonę serii Colin McRae: DiRT, lecz szczególnie w ostatnich latach jej twórcy (Codemasters) pogubiło się, czego przykładem był m.in. tragiczny DiRT: Showdown. Siłą rzeczy niewiele oczekiwałem po wydanym pod koniec 2015 roku DiRT Rally, projekcie „klepanym” w ostatnich latach na boku, podczas gdy główne siły studia skupiały się na kolejnych częściach często mocno średnich gier spod marki F1. Beniaminek z marszu pozamiatał większość co poważniejszych produkcji wyścigowych na growym rynku, włącznie z wydawaną corocznie serią WRC. DiRT Rally okazało się świetnym restartem marki i najlepszym, co mogło się jej przytrafić!

Grafika w grze DiRT Rally

Tematem przewodnim przeznaczonej dla zaawansowanych ścigantów gry są rajdy. Oferuje ona przyjemnie wymagającą fizykę jazdy, uroczą oprawę graficzną i wyjątkowo interesujące nitki oesów wręcz wyzywające gracza do stawienia im czoła. Jest współczesnym Rally Trophy i Colin McRae Rally dla maniaków wirtualnych zmagań za kierownicą. Wymaga cierpliwości i zaangażowania w poznanie, a następnie szlifowanie do perfekcji panowania nad szerokim spektrum rajdówek z poszczególnych okresów historycznych.

Co jest zatem nie tak ze współczesnymi grami samochodowymi?

Tak jak w grze logicznej zbyt skomplikowane lub banalne zagadki, w przygodówce miałka fabuła, a w produkcji symulacyjnej płytka fizyka stojąca za symulacją, tak źle zaprojektowany model jazdy czy brak poczucia rywalizacji w grze wyścigowej mogą skutecznie utrudnić czerpanie radości z rozgrywki. Cała reszta komponentów samochodowej gry video jest również bardzo ważna, lecz bez wspomnianych wcześniej fundamentalnych jej elementów zdecydowanie trudniej zdobyć serca graczy z domieszką benzyny we krwi. Jak dobrze, że bowiem dzięki rozwojowi technologicznemu przychodzi nam smakować coraz to doskonalszych produkcji. Chętnie przeczytam o Twoich ulubionych grach wyścigowych – podziel się nimi w komentarzu! :)

Obczaj także:
Moich 6 ulubionych kanałów motoryzacyjnych na Youtube
Mercedes GLA 250 4MATIC (test)
Nocna jazda bez celu