Przekonałem się do systemów wspomagających kierowcę

Od zawsze byłem niechętnie nastawiony do wszelakich systemów wspomagających kierowcę. W moim mniemaniu „inteligentni” asystenci jawili się jako dodatek raczej zbędny dla każdego z przysłowiową głową na karku. Użyłem jednak do tego wprowadzenia formy przeszłej nie bez przyczyny.

Felieton przeczytasz w ok. 3 minuty

Wielokrotnie wypowiadałem się już na temat asystentów wspomagających kierowcę. Różnorakie systemy bezpieczeństwa dostępne są w coraz szerszej gamie wozów, także tych z niższych segmentów. Jest taki, co zahamuje awaryjnie w razie ryzyka kolizji. Inny automatycznie utrzyma odległość od poprzedzającego auta. Jeszcze kolejny samodzielnie zaparkuje Twój wóz na parkingu. Jak gdybyś nie mógł zrobić tego sam szybciej i dokładniej ;)

Systemy te wydają się dawać wyjątkowo niewiele profitów w szczególności tym co bardziej myślącym kierowcom. Mnie zazwyczaj po prostu irytują. A najbardziej irytującym z nich jest układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu. Najczęściej występuje on w trzech odmianach, czy też „stopniach asysty”. Może informować sygnałem dźwiękowym o zjeździe z pasa ruchu, dodatkowo wibrować kierownicą bądź dokonywać niewielkich korekt toru jazdy.

Wyobraź sobie zatem, że lecisz spokojnie krajówką, widoczność jest w porządku, ogólnie miód malina. Widzisz przed sobą zakręt i w głowie szybciutko kalkulujesz idealny tor potrzebny do jego pokonania. Czasem nie obędzie się oczywiście bez niewielkiego, zupełnie bezpiecznego ścięcia łuku. Wchodzisz więc w niego, wykonujesz skręt kierownicą, wszystko okej, aż tu nagle w momencie najechania na białą linię coś zaczyna głośno piszczeć, a Ty dostajesz po gałach wyraźnym komunikatem ostrzegającym o niebezpieczeństwie. Za pierwszym razem można się przestraszyć, po trzydziestym już tylko poważnie zirytować.

Dobrze, że najczęściej każdy z systemów asystujących idzie bezproblemowo wyłączyć, choć bywają sytuacje, gdy takowy układ może okazać się niezwykle pomocny. Doświadczyłem tego na własnej skórze podczas niedawnej podróży służbowej. Była ciemna noc, ja za fajerą już od dobrych kilkunastu godzin. Pomimo dobrego samopoczucia psychicznego coraz wyraźniej dawało o sobie znać zmęczenie spowodowane ilością pokonanych tego dnia kilometrów. Oszukiwałem samego siebie mylnym przeświadczeniem, że sił spokojnie wystarczy mi do przejechania jeszcze dwóch czy nawet trzech setek. Postój regeneracyjny zbliżał się jednak niechybnie. Wiesz, że w momencie skrajnego zmęczenia czy senności organizmu dalsza jazda jest równie niebezpieczna co prowadzenie pod wpływem naprawdę sporej ilości alkoholu? Problem w tym, iż często przeceniamy swoje możliwości i nie do końca zdajemy sobie sprawę z ryzyka, jakie podejmujemy.

Siedziałem wtedy za sterami Toyoty Avensis, długa droga była zatem doskonałą okazją, aby dogłębnie przetestować Toyota Safety Sense  – zestaw układów aktywnie wspomagających bezpieczne podróżowanie made in Japan. Z początku żaden z systemów nie zrobił na mnie dużego wrażenia, utwierdzając tylko w przekonaniu o dyskusyjnej ich zasadności. Podczas spokojnego dryfowania połaciami autostradowego nieba Europy zachodniej układ ostrzegania o niezamierzonej zmianie pasa ruchu bardzo rzadko dochodził do głosu, gdyż jezdnia była szeroka, a moje zmysły wyostrzone. Inteligentne wspomagaczki nie miały się do czego przyczepić.

Opis systemów Toyota Safety Sense w RAV4

Wielogodzinna jazda skłania do głębszych refleksji. Przy spokojnym ruchu autostradowym można niemalże zapomnieć o prowadzeniu i odpłynąć w przemyśleniach. Gdy po zmroku zmęczenie coraz bardziej daje o sobie znać, mimowolnie sięgamy myślami chwili zatrzymania na przydrożnej stacji benzynowej i oddania się zasłużonemu odpoczynkowi. Z wielu powodów jednak, pomimo wyraźnych sygnałów wysyłanych przez organizm, dalej pożeramy kolejne kilometry. Bo do domu już tylko godzina drogi, a bliska osoba czeka na nas z ciepłym posiłkiem. Albo jeszcze jedynie 100 kilometrów do znajomego nam hotelu. Wielu twierdzi, że nie ma opcji, by zasnęło za kierownicą. Prędzej czy później nadchodzi jednak chwila, gdy powieki zaczynają robić się coraz cięższe, a nawet kawa przestaje dawać wystarczającego „kopa”. Za mną już prawie tysiąc kilometrów. Ależ przecież dam radę. Wmawiałem sobie, że jeszcze tylko stówka i postój.

Kolejne dźwięki ostrzegawcze zaczęły w pewnym momencie wybijać mnie z monotonnego rytmu jazdy. Nagle, porządnie już zirytowany nieprzyjemnym pikaniem, do mej otumanionej mózgownicy dotarło, co się dzieje. Pomimo drogi prostej jak w mordę strzelił mimowolnie najeżdżałem to na lewą, to na prawą linię oddzielającą kolejne pasy jezdni. Z początku sporadycznie, potem coraz częściej, co dało się słyszeć wyraźnymi ostrzeżeniami systemu wspomagającego. W krytycznym momencie raz na kilkanaście sekund „łapałem białą”, a bagatelizowany, ignorowany wcześniej układ ostrzegania za każdym razem alarmował o popełnionym błędzie. To dało mi do myślenia – najwyższy czas na przycięcie komara. Zjechałem najbliższym zjazdem. 3 godzinki snu wystarczyły do naładowania akumulatorów przed dalszą drogą.

Sorry za rozczarowanie, jeżeli spodziewałeś się innego zakończenia tej historii.

Wiesz, co jest najgorsze?  Sam zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że zmęczenie uniemożliwia mi już utrzymanie prostego toru jazdy. Zamroczone wyczerpaniem zmysły straciły ostrość i bystrość działania. Dopiero słysząc dźwięk ostrzegawczy dochodziło do mnie, nie bez zaskoczenia, iż częścią auta jestem już na innym pasie. Gdyby nie system wspomagający, prawdopodobnie jeszcze dłuższy kawałek jechałbym dalej. Trudno powiedzieć, ile kilometrów więcej udałoby mi się pokonać bez odpoczynku. Z całą pewnością nie byłaby to jednak jazda bezpieczna.

Dzięki tej przygodzie moje nastawienie do asystentów wspomagających kierowcę uległo zdecydowanej zmianie!

Zobacz też:
Test Toyoty Avensis z Toyota Safety Sense
Nawyki drogowego dżentelmena
VW Golf R MK7- Autventure