Rychły koniec silników diesla i downsizingu?

W branży motoryzacyjnej nadchodzą poważne zmiany. Trudno będzie uniknąć rewolucji w aspekcie jednostek napędowych mając w perspektywie malejące zasoby ropy czy stale podkręcających śrubę ekologów. Nie da się ukryć, że niektóre z konwencjonalnych sposobów rozpędzania naszych autek mogą odejść do frazeologicznego lamusa.

Felieton przeczytasz w ok. 2,5 minuty

Od pewnego czasu mam awersję do diesli. Przyznać muszę otwarcie, że z początku dałem się ponieść fali zwolenników jednostek wysokoprężnych. Bo mało palą, bo fajnie ciągną już od samego dołu. Coś w tym jest – szczególnie przyjemnie jeździ się turbodieslami o małych pojemnościach. Są takie jakby bardziej chętne, silniejsze, żwawsze w porównaniu z benzyniakami o podobnej mocy. Przy większych pojemnościach granice zdają się zacierać.

Skąd więc ta awersja? Każdorazowo obrzydza mnie widok starego diesla, dymiącego przy choćby minimalny szturchnięciu gazu najmniejszym paluszkiem stopy. Jadę za takim i zastanawiam się, ile dni mniej przyjdzie mi żyć wdychając cały ten syf wylatujący z jego rury wydechowej.

Ciężko będzie sprawić, by silniki wysokoprężne były czystsze niż są obecnie. W przekonaniu tym utwierdzam się patrząc na aferę Dieselgate z Volkswagenem w roli głównej. Niedługo później kilka innych producentów (m.in. Mitsubishi) również przyznało, że fałszowanie pomiarów było normą.

Czy oznacza to nieubłagany koniec ropniaków? Odważne słowa, choć według amerykańskiego AlixPartners wydają się być całkiem prawdopodobne. Spekulują oni bowiem, iż do 2030 roku silniki wysokoprężne mają stanowić już tylko 9% udziału w sprzedaży nowych samochodów w Europie. Dzisiaj, dla porównania, stanowią ok. 50 procent. W czym leży tego przyczyna?

Wszystkiemu winni są ekolodzy, twardo i systematycznie podkręcając normy dotyczące spalin. Producenci mogą być zmuszeni do przejścia w większej mierze na konstrukcje hybrydowe wykorzystujące silniki elektryczne w celu sprostania coraz bardziej ścisłym ograniczeniom emisyjnym. Trend ten obecny jest już dzisiaj. Coraz więcej koncernów samochodowych śmiało mówi o swoich planach elektryfikacji części floty. Sam Wieśwagen głośno krzyczy o chęciach opylenia 2-3 milionów elektryków do końca 2025 roku. Powodzenia.

Kuper Lexusa IS z napisem na zderzaku
W obliczu powyższych przewidywań hasło Lexusa zdaje się nabierać coraz więcej sensu

Jakby nie patrzeć, to najbardziej zagorzali zwolennicy silników wysokoprężnych już za kilkanaście lat mogą stanowić mniej znaczącą niszę. Ekolodzy zatem sposobem na naprawę motoryzacji? Ja zawsze byłem zwolennikiem wyboru i mimo wszystko trzymam kciuki, by żadne nowe rozwiązania nie wyparły dotychczas wykorzystywanych konstrukcji konwencjonalnych. Ropniaki może i kopcą gorzej od palacza z wieloletnim stażem oraz irytująco klekoczą, ale mają też swoje zastosowania i dla takich np. handlowców są nieocenionym skarbem.

Z drugiej strony niezmiernie intryguje mnie kierunek rozwoju motoryzacji i pomysły inżynierów czekające na realizację w dobie obecnych uwarunkowań prawnych. Jeżeli wierzyć w ostatnie doniesienia w temacie downsizingu, jajogłowych czeka nie lada orzech do zgryzienia.

Autorem kuluarowych dysput okazał się tym razem Alain Raposo, szefunio ds. napędowych w aliasie Renault-Nissan, który rzekł, co następuje:

„Wykorzystywana przez nas dotychczas technologia polegająca na zmniejszaniu pojemności jednostek nie pozwoli nam sprostać kolejnym standardom emisji spalin. Doszliśmy do granic możliwości downsizingu.”

Słowa te wypowiedziane zostały w kontekście nowych testów emisyjnych mających bardziej realistycznie odzwierciedlać europejską, drogową codzienność, uwydatniając tym samym poważne wady małych, wysilonych silniczków.

Weźmy na przykład mizerne, benzynowe 0.9 litra od Renault, które podczas codziennej eksploatacji podaje więcej paliwa w celu zapobiegania przegrzewaniu się. Jasne, autko dalej śmiga całkiem żwawo, ale efektem ubocznym jest ogromny, zupełnie niewspółmierny wzrost emisji szkodliwych związków.

Według Reuters ostrzejsze testy spalinowe spowodują tendencję wzrostową pojemności silników, w efekcie czego już w niedalekiej przyszłości pożegnamy jednostki benzynowe mniejsze niż 1.2 litra oraz wysokoprężne poniżej 1.5. There is no replacement for displacement!

Czyszczenie całego tego syfu jakimiś dodatkami w wydechu byłoby ponoć za drogie, małe mieszczuchy dla kobiet muszą wszak być relatywnie tanie. Wygląda więc na to, iż 3-cylindrowym motorkom trzeba będzie powiedzieć sayonara. I wiesz co? To miód na moje uszy! I to dosłownie – 3-cylindrowe kosiarki brzmią tragicznie i wcale nie palą mniej przy codziennej eksploatacji.

Zastanawia mnie tylko, ile w tym całym downsizingu leży troski o matuchnę Ziemię, ile natomiast marketingu, tworzenia pewnego rodzaju trendu i wciskania ludziom ciemnoty. Zawsze byłem pod wrażeniem Mazdy, która cały temat olała ciepłym moczem. I tym większe propsy marka ta ma obecnie w moich oczach, downsizing jawi się bowiem jako zwykłe oszustwo mające na celu tylko i wyłącznie zadowolenie ekologów.

Pozostaje zgadywać, jak tym razem jajogłowi obejdą przepisy. Może przyszłość faktycznie stoi pod znakiem wozów elektrycznych, a już w niedługo „downsizing” oznaczać będzie połączenie małej jednostki spalinowej z dodatkowym silnikiem elektrycznym? Mogłoby być interesująco!