Volvo S90 T5 – Autventure

Zgarnąłem klucze, rzuciłem szybko okiem na dowód rejestracyjny, wyłapałem kątem oka najbardziej interesującą mnie liczbę w wysokości 186 kW ( jest dobrze – pomyślałem) i czym prędzej wsadziłem tyłek w fotel kierowcy. Jazdy porównawcze organizowane przez Motoryzacyjną Agencję Sierpowski po raz kolejny dostarczyły mi niebagatelnej przyjemności organoleptycznego zbadania jednego z najgorętszych obecnie na rynku sedanów.

Wpis przeczytasz w ok. 3 minuty.

Pierwsze wrażenie po usadowieniu się w środku S90? Miód malina! Beżowa tapicerka, gdzieniegdzie metalowe wstawki, duży ekran dotykowy zdobiący konsolę centralną, przyjemnie leżąca w dłoni kierownica i w pełni elektroniczne zegary przed oczami. Gustownie, solidnie i na bogatości. Tylko pozycja za fajerą trochę zbyt wysoka. Ale to elegancka limuzyna, a nie sportowy samochód, dlatego nie powinienem na takie rzeczy narzekać. Po wejściu do auta możesz zapomnieć o kluczyku, bowiem uruchomienie silnika następuje przy pomocy niewielkiego pokrętła znajdującego się na tunelu środkowym. Motor startuje gładko, niemalże bezdźwięcznie. Zupełnie nie daje po sobie poznać, iż skrywa niebagatelną siłę 254 koni mechanicznych. Wsteczny uaktywnia szereg kamer obejmujących wszystkie strony auta – widok w 360 stopniach jest ładny, choć system w BMW X5 zdaje się robić to lepiej. W końcu – wbijam tryb „Drive” i jadymy!

Volvo S90 w tle białego pałacu

S90 intrygowało mnie od bardzo dawna. Zaprezentowane już w 2014 XC90 zapoczątkowało nowy trend technologiczny i stylistyczny szwedzkiej marki, który naprawdę przypadł mi do gustu. We flagowej limuzynie koncernu zakochałem się podczas tegorocznego Motor Show w Poznaniu. Po za tym Volvo zawsze mi się podobały. Pomysł Szwedów na auta jest skrojony idealnie na moje potrzeby – może zabrzmię trochę jak jakiś dziadek, ale duży, komfortowy, względnie szybki i przy tym bezpieczny samochód to coś w moim stylu. A z tym wyglądem? Sztos!

Pierwsza z cech charakteryzujących S90 w ruchu to gładkość, z jaką połyka kolejne kilometry. Dobrze nowe Volvo radzi sobie nawet z poprzecznymi nierównościami, i to pomimo aż 21-calowych, eleganckich obręczy. Skrzynia gładko dobiera przełożenia, kierownica chodzi równie przyjemnie – no po prostu bajka. Nawet po przełączeniu wozu w dynamiczny tryb jazdy S90 zdaje się stawiać na pierwszym miejscu komfort czterech liter wszystkich pasażerów. Silnik reaguje sprawniej  a automat trzyma obroty wyraźnie wyżej. Niestety, ma wtedy tendencję do szarpania, jak gdyby za wszelką cenę chciał zaoszczędzić każdą milisekundę. Daremne jego trudy, gdyż z przeniesieniem mocy na asfalt muszą poradzić sobie tylko przednie koła. Czasem nie ogarniają tematu buksując niemożebnie, aczkolwiek ogólne klejenie się wozu do drogi oceniłbym naprawdę dobrze.

Wnętrze Volvo S90

Obsługiwanie ekranu dotykowego podczas jazdy (skrywającego większość funkcji wozu, w tym nawet kontrolę klimatyzacji) jest nieco utrudnione. Jestem pewien, że na dłuższą metę da się jednak nowe multimedia Volvo polubić, są bowiem fantastycznie responsywne i bardzo sprytnie przemyślane. Przełączanie się pomiędzy kolejnymi oknami przypomina mizianie dotykowego ekranu Twojego smartfona, a korzystanie z poszczególnych funkcjonalności jest naprawdę proste.

Pisałem już, że S90 przyciąga uwagę niczym niejeden supersamochód? Aparycja S90 to temat na cały oddzielny wpis. Albo i zupełnie oddzielny blog, traktujący bardziej o sztuce nowoczesnej niż samochodach. Nowa koncepcja wizualna marki stawia na bardzo nowoczesne, szlachetne kształty, niemalże studyjne, prosto z desek kreślarskich. Charakterystyczne lampy przednie prezentują się obłędnie, boczna linia natomiast uwydatnia zdecydowaną, dostojną naturę wozu. Tylko ten kuper S90 do najładniejszych nie należy. Być może projektanci osiedli na laurach po przeszczepieniu niemalże bez zmian przodu z XC90, a może też w założeniach miało być bardzo poważnie i elegancko. Wyszło natomiast nudno, wręcz grobowo. A szkoda, bo dynamiczna, cudowna sylwetka auta wręcz prosi się o równie charakterne zakończenie. Dla malkontentów jest V90, moim zdaniem z dużo przyjemniejszym dla oka zadkiem.

Volvo S90 w zielonej scenerii

Trudno doszukać się w S90 jakiś naprawdę drażniących wad. Silniki mogłyby mieć większą pojemność, choć prócz „zaledwie” niezłego dźwięku nie mam testowanej benzynie nic do zarzucenia. Kuper, a więc najbardziej dyskusyjna część auta, również da się przeboleć, właściciel zbyt często nie będzie wszak musiał go oglądać. Nawet moi znajomi z typowo „proniemieckim” gustem motoryzacyjnym przedstawiają S90 w niemalże samych superlatywach. Postarali się ci Szwedzi…

Dałbyś więc, Macieju, ponad 330 tysięcy za powyższy egzemplarz Volvo w wersji wyposażenia Inscription?

Naprawdę rzadko zdarza mi się odpowiedzieć na takie pytanie twierdząco. Tyle sałaty to przecież dobrze doposażony Lexus GS 450h F SPORT, wóz wyraźnie szybszy i niemalże równie piękny co S90. Wiesz, moim najlepszym wyznacznikiem „fajności” danego auta jest to, jak często po odejściu rzucam na niego okiem. Za Volvo oglądałem się za każdym razem. Coś magicznego tkwi w tym wozie…

Dlatego też – tak, zdecydowanie dałbym, choć nie bez zmian w konfiguratorze. Skusiłbym się zapewne na motor wysokoprężny, do którego można wrzucić także 4×4 i zrezygnowałbym z kilku naprawdę zbędnych bajerów jak np. nagłośnienie Bowers & Wilkins za ponad 14 kawałków. Poezja dla uszu byłaby w tym wypadku solidną kosą pod żebro dla mojego portfela. A potem i tak zęby w półkę przez następne 10 lat…