O tym, jak wkurzyłem gościa w Passacie!

Czaisz, że „inteligentny” asystent w Avensisie niemalże załatwił mi obicie facjaty? Uwaga, wysoki poziom stężenia dziegciu we wpisie!

Felieton przeczytasz w ok. 2,5 minuty.

Od dawna pieję wszem wobec, że systemom wspomagającym trudno w 100% ufać. Okazuje się, iż potrafią nie tylko uprzykrzyć życie Tobie, drogi kierowco, lecz i innym uczestnikom ruchu. Przykładów mam na pęczki. O automatycznych wycieraczkach pisałem wielokrotnie, szkoda kopać leżącego. Ale np. taki aktywny tempomat – w polskich realiach potrafi zirytować.

Aktywny tempomat w BMW

#Maćkonarzeka

W założeniach ma utrzymywać zadaną odległość od poprzedzającego samochodu do określonej przez kierowcę prędkości. Radar Twojego auta musi mieć odpowiednio dużo czasu do ewentualnego zareagowania na np. hamującego znienacka przed Tobą gagatka. Wszystko spoko, dopóki nie podróżujesz np. darmową A2 pomiędzy Łodzią i Warszawą. Wozów tam jak mrówków, wszak to jeden z głównych szlaków tranzytowych i miejsce testowe prędkości maksymalnych ulepów domorosłych ścigantów z Żyrardowa czy Strykowa. Wszystkim więc rośnie ciśnienie, gdy do wyprzedzania weźmie się TIR, albo też komuś innemu przyjdzie do głowy odrobinę za długo zajmować lewy pas. Korzystając z aktywnego tempomatu notorycznie byłem świadkiem wyprzedzających mnie z prawej strony przedstawicieli handlowych bądź zajeżdżania drogi przez ślamazarnych huncwotów wlekących się za ciężarówką, którą nagle postanowili wyprzedzić. Bo mój aktywny tempomat zostawił im te 15 metrów przestrzeni na wskoczenie przed maskę z włączonym kierunkiem będącym w mniemaniu niektórych wytłumaczeniem nawet najgłupszego i najbardziej irracjonalnego manewru.

Ciemiężyciel Passerati

Kolejny przykład – asystent świateł drogowych. Dla niekumatych wytłumaczę, że urządzenie to steruje drogowymi aktywując je i dezaktywując, by nie oślepiać innych kierowców. Zacznę od tego, iż przy poziomie ruchu większości poważniejszych krajówek długie uda  się włączyć może raz na kilka minut jazdy. Nawet grubo po północy spokojna onegdaj trasa Łomża -> Warszawa zapchana jest podróżującymi cholera wie gdzie samochodami.

Odpaliłem toto kiedyś w Avensisie lecąc krajową siódemką między Gdańskiem a Warszawą. Rozkopana ona tragicznie, ale to wątek na zupełnie inny wpis. Przez pierwsze kilkanaście kilometrów wszystko działało sprawnie… do momentu, gdy „Tośka” ni z tego, ni z owego oświetliła długimi bagażnik jadącego wprost przede mną od dobrych kilku minut Passata. Z burakiem na twarzy szybciutko wyłączyłem drogowe zastanawiając się, co do licha spowodowało taki incydent. Po paru chwilach zastanowienia postanowiłem znów załączyć system i jak na złość – niebawem ponownie mnie zawiódł, w dokładnie ten sam sposób.

Obczaj test innej Toyotki – RAV4 z napędem hybrydowym: klik!

Gościowi w Pasku przyszło pewnie do głowy, że nie bez przyczyny molestuję go długimi, bo zaraz potem zjechał na pobocze w celu sprawdzenia, czy z jego autem wszystko w porządku. Od tego momentu olałem „pomocnika” świateł i już miałem zapomnieć o całej sprawie, aż tu po następnych 50 kilometrach ujrzałem ponownie jegomościa z Passerati, nieśpiesznie mnie wyprzedzającego. Jego dezaprobata moimi testami asystenta drogowego musiała być wielka, gdyż dobitnie dał o niej znać środkowym palcem i dźwiękiem klaksonu, po czym odjechał z pedałem w podłodze.

Na systemy wspomagające aktywację świateł drogowych trzeba uważać – w niektórych samochodach działa to totalnie do kitu, są jednakże i przypadki naprawdę sensownie działających rozwiązań. Sporo pojeździłem z asystentem instalowanym seryjnie w najnowszym Fordzie Mondeo. Tam funkcjonuje to bez większych zarzutów, jedynie okazjonalnie utrzymując drogowe odrobinę zbyt długo.

Ideałem są inteligentne urządzonka wygaszające tylko pojedyncze diody w reflektorze, by nie oślepiać jadących przed nami bądź z przeciwka kierowców przy zachowaniu maksymalnej widoczności całej reszty drogi. Poniżej filmik elegancko ilustrujący zasadę działania tegoż na przykładzie wydumek Mercedesa. Miód malina!

Z McDonaldowego – Lane Assist

Na koniec – asystent pasa ruchu. Bawiłem się niedawno czymś takim autorstwa Jeepa. W założeniach ma on monitorować drogę przed pojazdem i w chwili wjazdu na linię aktywnie wspomagać kierowcę w korygowaniu toru jazdy. Piszcząc przy tym wniebogłosy. Wszystko spoko, tylko że realiach brudnej, polskie jesieni system działa może na 10% dróg – wszędzie indziej nie jest w stanie dostrzec białych linii. Zastanawia mnie ponadto, po co komukolwiek system wspomagający jazdę po asfalcie… w Jeepie. O współczesnych terenówkach naskrobię co nieco kiedy indziej. Howgh!

<- Poprzedni wpis: Audi Q7 (test)

Obczaj też to na Autventure:
Dlaczego Lexus jest u nas tak mało popularny?
CSR Racing 2 (recenzja)
5 spoko rzeczy w nowych samochodach

  • Bo im mniej, tym lepiej :) Te wszystkie wypasy w autach są tak naprawdę nam totalnie niepotrzebne :)